Witold Wirpsza „Sonata i inne wiersze do roku 1956”

Przy wyborze tekstów, które weszły w obręb niniejszego tomu, kierowałem się przede wszystkim kryterium daty ich publikacji do roku 1956. W mojej intencji była prezentacja utworów z jednej strony reprezentatywnych z punktu widzenia historycznoliterackiego i ważnych dla rozwoju twórczego samego Wirpszy. Z drugiej strony – zależało mi, aby czytelnik otrzymał przede wszystkim zbiór tekstów, które zachowały jeszcze jakąś literacką atrakcyjność albo przynajmniej należą do najciekawszych czy najważniejszych w pierwszym okresie zaistnienia poety na literackiej scenie.

 

Z tych powodów pominąłem niemal w całości obfity zasób wierszy i poematów jednoznacznie realizujących doktrynę socrealizmu. To bowiem wedle mojego przekonania materiał mogący dziś interesować niemal wyłącznie historyka literatury – zbiór pozostający do przygotowania na inną okazję i rządzący się odmiennymi prawami. Nie znaczy to oczywiście, że w utworach zgromadzonych w tej książce śladów socrealizmu nie odnajdziemy. Wręcz przeciwnie, jest ich bardzo wiele, chociażby w tak sztandarowym dla swej epoki poemacie jak dedykowany Czesławowi Miłoszowi Traktat polemiczny. Akcenty socrealistyczne nie przekreślają tu jednak innych perspektyw, nie stają się totalizującą i banalizująca dominantą, i albo ledwie się przebijają przez estetyzujący pancerz wczesnego Wirpszy, albo wchodzą w interakcje np. z akcentami historycznymi, humanistycznymi czy autobiograficznymi. Nade wszystko – nie przekreślają lektury inspirującej i aktualizującej sensy wybranych utworów, intrygującej i poruszającej nadal emocje odbiorcy. Zdecydowałem się na przedrukowanie większości spełniających takie warunki wierszy rozproszonych w prasie, które nie znalazły dla siebie miejsca w układanych później przez poetę tomach. Podaję także według prasowego pierwodruku te teksty, które na potrzeby publikacji książkowych zostały przez autora w rozmaity sposób później zmienione: skrócone, poprawione, rozbudowane czy zmodyfikowane w inny istotny sposób. (…)

Dariusz Pawelec



Czytelnicy opracowań i słowników, poświęconych literaturze pierwszej dekady Polski powojennej, znają niezbyt interesujący wizerunek Witolda Wirpszy – poety socrealistycznej agitacji, najstarszego w „pokoleniu pryszczatych”. Ten wizerunek dopełniają jego pojedyncze - cytowane przez krytyków - wiersze lub fragmenty wierszy, bez wątpienia socrealistyczne. Z kolei posiadacze egzemplarzy Don Juana i Małego gatunku, tomików z 1960 r., widzą kogoś zupełnie innego: nowatora, eksperymentatora, filozofa. Oba wspomniane tomiki, zawierające utwory, jak się wówczas mówiło, „z szuflady”; zaskakują energiczną retoryką, rozpoznawalną wyobraźnią, przenikliwą mądrością w ukazywaniu świata i jego konfliktów.

W jednym i drugim obrazie Wirpszy brakuje istotnych składników jego dorobku z tych lat, a mianowicie: napięć między wrogimi sobie rolami i poetykami, sygnałów ewolucji oraz inwolucji języka poetyckiego, prób kompromisów, które bywały już to ucieczkami w „szarą strefę” kultury oficjalnej, już to odnajdywaniem elementów w tradycji międzywojennej awangardy – tolerowanych przez socrealizm.

Ów dramat poety i poezji został zainicjowany w poetyckim, książkowym debiucie Witolda Wirpszy – w jego Sonacie. Tomik ten - dziś bibliofilski „biały kruk” – ukazał się w 1949 r. Wiersze pochodzą z lat wcześniejszych. Mamy tu do czynienia z sytuacją graniczną, naładowaną osobliwym dramatyzmem. W niektórych – znakomitych! - lirykach z Sonaty nie ma bodaj przeczucia socrealizmu (Muzyka, Erotyki, Medytacje, Poemat tłumaczony z obcego języka). W innych takie przeczucie się pojawia, a wraz z nim zachowania obronne. Odnajdujemy tu wspomnianą „szarą strefę”, w której będzie się wkrótce chroniło wielu pisarzy: tradycję wielkiej architektury, wielkiej muzyki (Bach, Mozart). Rozpoznajemy wznowienia awangardowej - z heroicznego okresu Miasta, Masy, Maszyny - poetyki zbliżonej do literatury produkcyjnej, a przecież mocno się od niej różniącej (Robotnik wspinający się na dźwig portowy). Są także zarysy polemik z przeciwnikami ustroju, polemik bynajmniej nie publicystycznych, nie agitacyjnych, lecz operujących kategoriami z dziejów filozofii (O duchu praw nowych).

 Edward Balcerzan

 


 

Jeden z najbardziej oryginalnych poetów polskich, Witold Wirpsza, wciąż jest twórcą słabo znanym i nadal niedostatecznie rozpoznanym. Ten stan rzeczy wynika m.in. z braku pełnego wydania jego dorobku, który oficjalnie zapoczątkował debiutancki wiersz pt. Średniowiecze w „Kuźni Młodych” w roku 1935, kiedy to redaktorem działu poezji był wówczas starszy o kilka lat poeta, Jan Twardowski. Właściwie okres twórczości Wirpszy między datą debiutu a rokiem 1956 dotychczas nie został zrekonstruowany ani pod względem biograficznym, ani bibliograficznym, ani tekstowym. Poeta w tym czasie wydał osiem tomów oraz dziesiątki utworów rozproszonych w czasopismach. Dlatego wysiłek i rezultat prac Dariusza Pawelca w postaci dzieła: Witold Wirpsza, Sonata i inne wiersze do roku 1956, uznaję za kolejne ogniwo badań, bez których trudno mówić o całościowym i kompletnym obrazie już nie tylko osobowości twórczej poety, ale również jego pokolenia oraz literatury polskiej pierwszego powojennego dziesięciolecia. Ranga dokonań Wirpszy jest tym większa, że choć ulegał w tamtym czasie pewnym modom, naciskom, ideologiom, należał do nielicznych, którzy jako pierwsi (i to stosunkowo wcześnie) przyjęli krytyczny stosunek do realizmu socjalistycznego. To nieposłuszeństwo wobec doktryny określiło dalszy los pisarza i jego poszukiwania artystyczno-ideowe.

Zbigniew Chojnowski


 

Witold WIRPSZA

 

Wybór wierszy

 

BIAŁY WIERSZ

 

Pozdrowieni czystość niosący

na barkach, jak kosze srebrnych ryb. Dzień poza nimi

zsunie się z pleców w rzekę – wydłuży chropawą ulicę

płócienną taśmą aż po brzeg, przesunie miasto, wieżę ratuszową

i dzwonnicę i rynek do przodu, aż oczy odpoczną.

To oni o zmroku

napełnią niebo seledynem i ułożą czerwone szyby zachodu w rzece.

To oni mocni są wstrzymać czas i czarnym konturem,

niby węglową kreską, narysować swe domy, aby nie zatonęły

w pustym sześcianie nocy. To oni wreszcie

przystaną na bruku, by rozżarzyć fajki i zaciągnąć się dymem.

Za nimi dzieci, opalone półnagie cyganiątka, wpadną w wodę

i rozpluszczą rzekę, chlustając fioletowe bryzgi na osuwający się łeb wieczoru.

Pozdrowieni rybacy, niosący czystość na barkach,

jak kosze srebrnych ryb.

 

„Odrodzenie” 1946, nr 6

  


 

POETOM SNU

 

Szyje łabędzie, którym obca wojenna sztuka

i obce lwy, suszące piasek pustyni w Afryce

– przesuwają jeziora w tył, w krainę śmierci

i brzegi do tyłu, w krainę możnego oddechu.

Gołębie dzioby, otwarte jak ludzkie oczy,

którym ciała poległych wlały miękkość pobojowiska,

piją wody ciepła i czarnym nocnym haustem

zrzucają śpiącą Europę jak worek – w morze Śródziemne.

 

O, tam rozkosz! I ludność Francji, leniwe hiszpańskie kobiety,

pijani Anglicy, śpiewność Rosjan i powolni Szwedzi

będą się przechadzać po dnie, podobni straszliwym aniołom,

będą odkrywać swą ludzkość, pozbawioną ciężaru ciała,

nieważcy, staną się braćmi, płynący, wierzący w Boga łatwo

jak w latarnię morską. Tu, wśród wodorostów

każdą zieloną smugą nauczą się własnych włosów

i spragnieni, pić poczną jak konie; w końcu się uniosą

i rozpłyną w chmurach – w dnach powolnych parowców.

Podobni pęcherzom powietrza – tu, wśród wodorostów.

Podobni końskim chrapom, miękkim końskim chrapom

tu, wśród wodorostów.

Poeci snów – wam moje zdziwienie,

jak wielka przepaść, w którą wlewa się ogrom płynnego żelaza,

rozwartym ujściem chińskich rzek: dźwiękiem gongu.

 

„Twórczość” 1946, nr 12

  


 

CHRYSTUS ROZDZIELAJĄCY MLEKO

 

Ta ryba, wyrzeźbiona w drzewie, na której znać

ślady rylca gotyckiego artysty,

jest ciężka jak kamień. Widać, jak się apostołowi

z dłoni wyślizguje. Plusk jej napełni

i Morze Martwe, i jezioro Genezaret,

i Morze Śródziemne, i Bałtyckie, i Kanał,

i Oceany, i Morza Południowe.

Plusk drewnianej ryby, którą nakarmiono rzesze głodnych,

jak skrzypem innego drzewa karmią się pokolenia.

 

Lecz dzisiaj kują krucyfiksy z aluminium, z metalu,

w którym pozostał trzask zestrzelonych samolotów,

a który biały jest niby mleko. I jakże lekki!

Twoja postać z dzbanem, której nadano ostrość włóczni,

stoi koło mnie. Oto cisza: napoisz nas mlekiem,

rozdzielisz je między nowe pokolenia,

mleko oślicy, które wielbili starożytni,

mleko kóz, żywicielek ubogich,

mleko matki zestrzelonego lotnika.

 

„Dziennik Literacki” 1948, nr 13

  


 

Z tomu Sonata (1949):

 

 

POEMAT TŁUMACZONY Z OBCEGO JĘZYKA

 

1.

Odbiłem się pluskiem od przystani. Nocą – czółno wydawało mi się odpryskiem

rośliny, liściem lub płatem kory,

a port zamykały przede mną łamacze fal jak druciane ramiona, zakończone

pięściami świateł.

Otwór między nimi wyznaczał mi drogę na wprost – tunel sklepiony krągło

gwiazdami,

Cisza po każdym uderzeniu wioseł rysowała jego ściany boczne.

 

2.

Po prawej stronie, twardo jak niespodziewana strofa epiczna w lirycznym

wierszu

rysuje się bryła wstępująca w głąb morza; to stroma kępa lądu.

W dzieciństwie, gdy jesień tylekroć łagodziła barwą wilgotnej trawy ostry

zgrzyt piany, tnącej z ukosa wybrzeże,

rozpinałem szary namiot wieczoru latawcem niby długą, wydrążoną tyczką

bambusową, niby lunetą, w której szkle rysował się nowy księżyc.

 

3.

Teraz nocny mój tunel prowadził na wprost poziomo. Starałem się zanurzać

wiosła jak najciszej,

by nie rozbić jego szklanych ścian – posuwałem się wzdłuż ciemności, a wiódł

mnie instynkt linii prostej.

Czułem, jak woda wynosi nacisk na czółna na powierzchnię, lekkie kołysanie

utwierdzało pod mymi stopami jej głębokość,

aż nadeszła chwila, w której zostałem wypchnięty poza otwarte

usta falochronów.

 

4.

Oto cel, do którego zdążam: okręt, stojący na redzie w poprzek tunelu,

zamykający czarno jego przezroczystość,

śpiący potwór, przywiązany łańcuchem kotwicznym do globu, aby nie uniósł się

w górę jak balon.

Księżyc podmalował białą linią jego kontury, oddarł zeń warstwę ciemnej

powierzchni i rzucił ją na wodę.

Księżyc? – Gdy wspinałem się po drabinie sznurowej, wydawało mi się, że jest

on oddalającym się stopień po stopniu ujściem mego tunelu, który nagle

wykręcił w górę.

 

 

 * * * 

 

ROBOTNIK WSPINAJĄCY SIĘ NA DŹWIG PORTOWY

 

1.

 

Pierwsza chwila: oderwanie nogi od ziemi

i postawienie jej na stopie żelaznej konstrukcji

nadaje człowiekowi znaczenie pszczoły. Wewnątrz płuc

rozlega się brzęczenie – krążenie krwi

dźwiga ciało wzwyż, napina mięśnie, wyostrza wzrok,

wyodrębnia przestrzeń, tak jak skóra odgranicza

istotę ludzką od otaczających przedmiotów.

 

Jedną ręką uchwycony poręczy, drugą

zatacza bezwiednie półkole. Linia horyzontu

staje się przez to wyraźniejsza, na powierzchnię wody

kładzie się przezroczysta powłoka aluminium.

Pozdrowiony niech będzie wiatr chłoszczący oczy

skrzydłami przelatującej mewy.

 

2.

 

Każdy krok rozszerza pszczele możliwości. Robotnik zadziera głowę do góry:

żelazny zwał dźwigu przytłacza go coraz mniej.

Poszczególne żebra rysują się wyraźniej, a jedynie oczy

pozostają złote z miłości.

 

A jednak ta sekunda odpoczynku urasta w wieżę

z alabastru. Mewy zamieniają się w drobne żagle,

popychane ręką niewidzialnego dziecka, którego głowa

może się nagle wynurzyć z rozbitej barki,

wielka jak zbliżone słonce. Z daleka dolatuje skrzyp

dźwigów, które wcześniej rozpoczęły pracę.

 

3.

 

Następny krok w górę.

 

Teraz pszczoła może ulecieć. Osiągnięty został cel wspinaczki

– maleńka balustrada na szczycie i ciało jej stało się nieważkie.

Ręką można zatoczyć wielki łuk, nie półkole już, a

pełne trzysta sześćdziesiąt stopni. To jest

jak ruch skrzydła mewy, która siada na wodę. Wszystko się zakołysało.

 

I oto niebo jak dzwon średniowieczny nakryje wszystko dźwiękiem,

a pełnia spiżu rozleje się w krajobraz niby potop miodu.

Upał nad portem! Upał nad portem! Płynąć nad portem

jak balon jedwabny i miękki, pełny ciepłego oddechu.

 

Następny krok: pszczoła znika. W kabinie pozostał człowiek,

siadł pewnie przy lewarach i przekładając dźwignię

zmusił szczękę dźwigu do obrotu.

To już nie zamach ręką:

wycinek horyzontu jest ściśle obliczony. Za następnym ruchem

leje się struga węgla do brzucha statku. Karmimy świat.

Czarny słup pyłu odepchnął mewy w słońce.

 


 

Wybór, opracowanie i przedmowa: Dariusz Pawelec

Opiniowali: Edward Balcerzan, Zbigniew Chojnowski

Wydanie I, 2014

Format: A5 (145 x 205 mm) ze skrzydełkami

Okładka miękka, foliowana

Stron: 192

Biblioteka Arkadii – pisma katastroficznego, tom 112

ISBN: 978-83-60949-75-7

cena: 20 zł.