Poezja
Cena: 0.00 zł
Konrad Wojtyła
może boże
[ ROZPROSZENIE ]
rozproszyłem się więc puch
serca, mięśni i ramion
znaczy wycinek ulicy
mimowolnym gestem otwarcia
na zamknięcie się
wreszcie.
odchodzi wszystko
rozprasza coś
za przeproszeniem.
umiera mi bóg kończy się
na dobry początek.
prószy się, sypie
bezszczelny i nie
miły już.
[ ... WGRYZA SIĘ, SZELEŚCI ]
coś wgryza się, szeleści, rzęzi, nic napotyka
przeszkoda języka na gruz i piach w szczelinach ust
majaczy znów kolejny trucht po ciele wzdłuż
w spokoju kurz i wilgoć, co deski z trumny zabiera.
tętnic skurcz nagły, tak od serca wylew
deszczu na pola, bo pora zimowa i łatwa
do uwodzenia. nawozi, upiększa, ryje
w ziemi niewiele zmieni bo tworzy się
wszędzie i nigdzie.
pożądanie nieskończoności albo wieczność
coś na wagę złota nie pogrzebu,
krótkie amen potem spokój.
[ CHROPOWATOŚĆ ]
chropowatość skóry
kojarzy się jednoznacznie
można opluć albo włożyć
harpun rąk
w delikatne wnętrze ciała.
zacząć od góry,
potem sztorm
i pod prąd
światła
krwi.
w muszlach odbijają się
podkowy koni
rżenie strach
kamienie
w dłoniach
wodorostów.
nieskończoność
przypływów i odpływów
spływa na otwartą ranę.
Dawno już nie czytałem wierszy tak bardzo pozbawionych złudzeń…
Nie ma w nich przegrody między pejzażem wewnętrznym i zewnętrznym, po tym samym nagim bezdrożu poruszają się emocje, słowa i ludzie ledwo przez emocje poruszeni, niejasno określeni słowami. Polatuje nad tym jednorodnym (a właściwie: wyrodnym!) pejzażem obnażająca wszystko, okrutna idea Boga, przefruwa coś, co chciałoby być poetyckim porywem znaczeń, ale jest jedynie milknącą co chwila próbą wyrazu. Zanim zamilknie – formuje doskonały wiersz.
Patronat Becketta wydaje się niewątpliwy.
W tym świecie uczucia kurczowo przywierają do ludzi, jakby bały się, że zamrą w bezosobowym uniwersum. Postać ojca – wyróżniona przez poetę – nie tyle obdarzana jest uczuciami, co służy uczuciom za ostatni możliwy „przedmiot”, na którym mogą się zatrzymać, żeby nie dać się wywiać owemu „nic” gwiżdżącemu między początkiem a końcem świata.
Na granicach tych wierszy stoi śmierć. Ale nie jest ona kończącym wszystko urwiskiem. Raczej zaciera granice ludzi, rzeczy i krajobrazów, rozmywa je w nieokreśloności.
Nie chciałbym jednak nazywać poezji Konrada Wojtyły nihilistyczną albo bezsilną. Jego krótkie zapisy są zwarte, słowna energia ukierunkowana precyzyjnie. Zbyt wiele w tym rzemiośle kuszącej wirtuozerii, żeby z chęcią nie poddać się formowaniu w zimnych strukturach. Napięte emocjonalnie rytmy znaczeń utrzymują w postawie pionowej to, co chciałoby się rozsypać, zmienić w gruz. Im więcej depresji, tym więcej mistrzostwa. Może zbyt łatwo byłoby powiedzieć, że mistrzostwo przezwycięża depresję – ale coś w tym jest…
Piotr Matywiecki