Arkadiusz Kremza

Urodzony w 1975 r. w Mikołowie. 

Zginął w wypadku samochodowym 24 kwietnia 2020 r. w Oświęcimiu.

 

AUTOR TOMÓW WIERSZY:

Bloki (1997),

Hocki-klocki (Instytut Mikołowski, 2000),

Brania (2003),

Pukanie ziemi (Mamiko, 2006),

Wiersze z wody i żelaza (Instytut Mikołowski, 2012),

Sterownia (Instytut Mikołowski 2015)

Stacje (Instytut Mikołowski 2017)

poematu Ludzie wewnętrzni (Instytut Mikołowski, 2009),

mikroprozy Człowiek O. (Instytut Mikołowski, 2020).

Laureat Nagrody Otoczaka 2013 za tom Wiersze z wody i żelaza.

 


 

helios

 

Bez kwitów na wysokie teorie.

Bez kwitków na niskie. Dwie

 

planety zamiast piersi sąsiadki

będącej nagle sercem słonecznego

układu tej ulicy. Więzi na pokojach

 

te wszystkie szlachetne pierwiastki

bliźniaczka mojej kamienicy. Teraz

puszczam sąsiadce dyskretne kometki.

 

Ostrożnie jak choinkę w oczach

ją rozbieram. Coś strzela w powietrzu.

Meteor jaskółki zwiastując deszcz

 

ten krótki dystans zadziera. Słońce staje

za kominem. Woda pokrywa wszystko.

I wszystko w tej cieczy brodzi.

 

Bez kwitów na wysokie teorie.

Bez kwitków na niskie. Nowy

układ błysnął i cicho podchodzi

 


 

Człowiek O.

 

Arkadiusz Kremza

 

(1975 – 2020)

 

 

W ostatni czwartek (23. 04.), krótko po godzinie 15 zadzwonił do mnie Arek Kremza, zapowiadając swoje przyjście do IM. Dzień wcześniej – o czym już wiedziałem – wrócił do Mikołowa wieczorem, wraz ze swą partnerką Magdą Kontek, z Jarosławia, jej rodzinnej miejscowości, gdzie od paru dni przebywał, angażując się w nowy pomysł na życie – jak zwykł mówić o swoich kolejnych, egzystencjalnych wyborach. Po parunastu minutach zamaszyście wszedł do naszej siedziby, zastając mnie przy komputerze. Momentalnie, w charakterystycznym dla niego ironicznym duchu, przystąpiliśmy do serii wymiany zadań odnośnie bieżących rzeczy, przywitawszy się uprzednio, z uśmiechem, łokciami. Aura dwu pandemii – korono wirusowej i Pisowskiej – pochłonęła nas bez mała. Arek, raz po raz, zmieniał tematykę, skupiając się na swoim przyszłym życiu – etapie, jaki zamierzał rozpocząć właśnie w Jarosławiu, gdzie chciał osiąść i zająć się uprawą warzyw, korzystając z okazji zaoferowanej mu przez los. Dopytywał się o dzieje naszych nagranych wierszy, które miały być wydane na płycie dołączonej do niedawno wydanej przez Ars Cameralis antologii poetyckiej Tropy Na dziko. Mówiłem mu, że nic jeszcze nie wiem, kiedy zostanie płyta wydana, więc przez chwilę zaczęliśmy dywagować o tym, jak ta płyta może wzmocnić odbiór samej antologii.

 

Słuchałem snutych planów i kojarzyłem je z tym, co gnało go przez ostatnie trzy lata. Mieszkał i pracował w Tucznie, potem wrócił do Mikołowa, i po paru miesiącach zakotwiczył się w Wetlinie, gdzie wraz z Magdą prowadził sklep z pamiątkami i artystycznymi wyrobami. Jesienią poprzedniego roku wrócił znów do Mikołowa. Jego natura i nieokiełznana energia nie pozwalała mu na stateczne funkcjonowanie – musiał być w drodze, nieustanie się przemieszczać, pobywać krótko w jednym miejscu i je opuszczać; wiecznie czymś się rozpraszać i generować sobie nowe cele. Nie była to dla mnie ucieczka. Raczej nieusuwalna potrzeba bycia w stanie permanentnej konfrontacji z czymś nowym, posmak doznawania czegoś nieznanego i nieoczywistego, co dawało mu paliwo na nieokreśloną przyszłość.

 

Rozstaliśmy się po ponad godzinie. Poszedł do pracowni Tymka Biesa, spotkać się z braćmi. Na schodowej klatce powiedzieliśmy sobie zdawkowe: No to nara. Przepadliśmy dla siebie – tak jak przepadaliśmy wielokrotnie na długie, niekiedy wielomiesięczne okresy, kiedy nie było go w Mikołowie, a potem, znowu, kiedy tylko się w nim zjawiał, szybko następowało spotkanie. Mieliśmy za to stały telefoniczny kontakt, więc każdy z nas na bieżąco wiedział, co u kogo słychać. Było to – jak miało się okrutnie okazać – nasze ostatnie spotkanie. Wiem, że po spotkaniu się z braćmi Bies, odwiedził swoją młodszą córkę i swojego wnuka, z którego był nad wyraz dumny. Następnego dnia zginął w wypadku samochodowym pod Oświęcimiem.

 

Łączyła nas prawie trzydziestoletnia znajomość, zapoczątkowana spotkaniami w mikołowskim Domu Kultury, gdzie miała swoją siedzibę poetycka grupa Nowy Sezon – prowadzona przez Wiesława Ciecieręgę. Był to okres narastającego wzmożenia zaaferowaniem tego wszystkiego, co nowe. Nie inaczej było z poezją – nowe tytuły czasopism literackich, nowe tomiki poetów skupionych wokół głośnego już wówczas pisma bruLion, fluktuacje nowych poetyk i dopływy świeżych języków, nierzadko ze strony tłumaczeń poetów angielskich i amerykańskich; konglomerat atrakcyjnych doznań i otwierających się wciąż nowych możliwości. Wszystko to chłonęliśmy niezwykle intensywnie. Arek, jako jeszcze uczeń mikołowskiego LO, zdobywał liczne nagrody na konkursach poetyckich i czekał na swój poetycki debiut. W 1994 roku wreszcie się to stało. Zadebiutował jako dziewiętnastolatek dwoma wierszami w Na Dziko – poetyckim dodatku do katowickich Opcji – czterostronicowym piśmie, w którym, jako redaktorzy, między innymi, ogłaszaliśmy co kwartał Debiuty Na Dziko. Jeszcze w tym samym roku jego wiersze znalazły się w antologii nowej poezji śląskiej Inny świt – ułożonej i zredagowanej przez Mariana Kisiela. To wszystko stało się zapowiedzią książkowego debiut Arka – tomu poetyckiego Bloki, wydanego w Tychach w 1997 roku. Od tamtej pory Arek opublikował kolejne osiem tomów wierszy – z czego ostatni - zaledwie niedawno, bo pod koniec lutego tego roku - Człowiek O. ukazał nakładem Instytutu Mikołowskiego, którego był stałym autorem.

 

Każdy z nas ma swoją historię o kimś, z kim przyszło mu żyć w intensywnych relacjach, choć w różnych fazach – raz bliższych, raz dalszych. Każda opowieść o kimś takim będzie zaprawiona bardzo subiektywnymi wrażeniami i dość jednostronnymi opisami. Dopiero po złożeniu szeregu opowieści, pochodzących z różnych źródeł, w jedną wielką mozaikę, będzie możliwe zbliżenie się do prawdy o danym człowieku, której w dłuższej perspektywie i tak się nie posiądzie. Szczególnie, kiedy jest mowa o człowieku tak wielostronnym i różnorakim, jakim był Arek Kremza – jako kompan, Ojciec i poeta. Jak mało który człowiek, Arek jaskrawie żył po swojemu, na własnych zasadach wobec bezwzględnie dyktującego warunki świata, nie mając w sobie cienia wątpliwości, że pójście z nim na kompromis, grozi utratą wolności. Nie chciał i nie mógł zarazem czynić ze swego życia – podległego tępym i bezwzględnym mechanizmom, które czynią z jednostki szary kaftan bezpieczeństwa – fałszywego, rozdwojonego stanu, w którym życie i twórczość nie zlewałyby się w jeden twór. Buntował się przez całe swe dorosłe życie przeciwko wtłaczaniu w ciasne, kanciaste ramy nie tylko swego istnienia, ale istnienia każdego – do czego namawiał, co podpowiadał, i co, niekiedy gwałtownie, manifestował w rozmaitych odsłonach i czy też danych momentach. To właśnie on jest autorem fenomenalnej parafrazy, w której zawarł kwintesencję małostkowości i głupoty ludzkiego postrzegania Innego, zawartej w jednym z wierszy z debiutanckiego tomu: Jak cię widzą, tak się mylą. Sądzę, że – w jakiejś mierze ową gorzką konstatację niezwykle twórczo rozwijał w swej poezji. Przechodziła ona – jak każda znakomita poezja – różne okresy i fazy, promieniując z tomu na tom treściami wypływającymi z bezpośrednich doznań, intelektualnych, ostrych, i nierzadko wielce kąśliwych, oznajmień odnośnie turbulencji życiowych, jakie wywołuje w człowieku ślepy los – determinujący go niekiedy bardzo dotkliwie – stających się częstokroć poetyckim zarzewiem oraz tematycznym wektorem intelektualnych eksploracji. W jego wielopasmowej poezji, opartej często na poetyckim koncepcie, w starannie zakomponowanych tomach czy poematach, rozgrywa się nieustanny dramat wywołany konfliktowością natury świata i skazanego nań człowieka. Przybiera on językową formę poetyckich anonsów, nierzadko zaplecionych w postać wizji, skupionych w wielce czepliwych zbitkach słów, które – jak ma to miejsce w doskonałym, przedostatnim tomie Stacje – ewokują surrealistyczne, poharatane mocno obrazy zatracenia i skrywanego bólu, ale i też lęku wywoływanego przeczuwaniem zbliżającego się końca czegoś, który to stan okazuje się dla autora tych wierszy wyzwaniem do podjęcia próby kolejnych przekroczeń i nieuniknionych naruszeń. Przebogata wyobraźnia poetycka Kremzy owocowała, ukazywanym z tomu na tom, jego własnym idiomem – rozpoznawalnym językiem, opartym na silnie wyczuwalnym kodzie, w którym wielce sugestywnie przemycał swoje doświadczenia życiowe z wielorodnych pól, poddawał je wnikliwym, niekiedy cierpkim lub krytycznym, ujęciom, dzięki czemu stwarzał szeroki wachlarz wzajem oddziałujących na siebie estetycznych napięć. Czyni go to jednym z najważniejszych poetów współczesnych.

 

W obliczu Jego tragicznej śmierci, dławiącej swą nagłością, na wiele rzeczy związanych bezpośrednio z nim samym patrzę teraz pod jeszcze bardziej szerokim, wyostrzającym je kątem. I wiem, że wyszedł z tej walki, jaką nieustannie toczymy z tym światem, ewidentnie zwycięsko. Jego niepokorność wobec niego, okazała się niezbywalnym gwarantem bycia w nim jako tym Jedynym – konsekwentnym w swej wielopostaciowości, nieustępliwym w dociekaniu racji, stojącej po Jego stronie.

 

Maciej Melecki     


 

Arek

 

Kiedy czytałem jedna po drugiej przypowieści zamieszczone przez Arka w ostatnim udostępnionym czytelnikowi tomie Czlowiek O., pomyślałem, że ten facet zawsze boksował w literaturze znacznie wyżej, niżby wskazywały na to uwarunkowania Jego własnej kategorii wagowej. Pretendował ze swą jakże interesującą twórczością do grona intelektualistów, erudytów, Bóg wie jakich namaszczeńców i pomazańców, Bóg wie jakich filozofów, jakich zbawców papierowego świata. A przecież nie był typem człowieka zanurzonego po uszy w napuszonej uczoności, kimś, kogo średniowieczni studenci określiliby mianem Lesemeister. Był raczej uczestnikiem niż czytelnikiem. A jednak Jego teksty – proste teksty prostego człowieka – znakomicie broniły swych literackich racji. Nie tylko biorąc pod uwagę względy stylistyczne, lecz również intelektualne. Broniły swych racji, pomimo że stochastyczna rutyna czasopism kulturalnych zestawiała je często z wynurzeniami rozmaitych mądrych głów. Sądzę, że działo się tak z dwóch powodów: Arek pisał o sobie i pisał prawdę. Tym samym Jego zwyczajne liryczne notatki stawały się od razu jakimiś wielkimi traktatami antropologicznymi. Jak gdyby ustami tekstu przemawiał jakiś śląski Eklezjastes. Odnoszę się do tekstów Arka, ponieważ, jak sądzę, twórczość była dla Niego domeną poszukiwania ludzkiej godności, jedynej wartej szacunku właściwości biologicznego bytu. Nie chcę, by moje wspomnienie zabrzmiało zbyt oficjalnie, „zawodowo”. Nie chciałbym pacyfikować emocji. Ilekroć zdarzało mi się rozmawiać z Arkiem, czułem się otoczony od stóp do głów subtelną pajęczynką Jego przyjaźni. Był człowiekiem serca; w mojej pamięci człowiekiem serca pozostanie.

 

Marek Krystian Emanuel Baczewski